Spędzając kolejny poranek przy filiżance kawy popartej porannym dziennikiem kontempluję oblicze dzisiejszej polityki, a ty drogi czytelniku garniesz się jak nikt inny do przeniesienia swojego wzroku na któryś z innych artykułów. Medytacje nad polityką kojarzyć ci się bowiem powinny z powtarzaniem zasłyszanych haseł i krytyce wszystkiego co nosi krawaty o kolorze flagi polskiej. Nie dość tego, skojarzenia te wydawać się mogą w pełni uzasadnione, a odpychające twarze goszczące każdego ranka na naszym stole w formacie gazety są przysłowiową kroplą, przelewającą co popadnie. |
Spędzając kolejny poranek przy filiżance kawy popartej porannym dziennikiem kontempluję oblicze dzisiejszej polityki, a ty drogi czytelniku garniesz się jak nikt inny do przeniesienia swojego wzroku na któryś z innych artykułów. Medytacje nad polityką kojarzyć ci się bowiem powinny z powtarzaniem zasłyszanych haseł i krytyce wszystkiego co nosi krawaty o kolorze flagi polskiej. Nie dość tego, skojarzenia te wydawać się mogą w pełni uzasadnione, a odpychające twarze goszczące każdego ranka na naszym stole w formacie gazety są przysłowiową kroplą, przelewającą co popadnie.
Z perspektywy młodego obywatela tej jakże pospolitej rzeczy, osoby niezdolnej do decydowania o losie narodu, jednak bacznie obserwującej jego poczynania pragnę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami. Polityka przypomina mi bowiem religię, z tym, że o ile posłowie zwykli za grube pieniądze nie robić nic, tak Bóg zaledwie za pobożny uśmiech daje nam nadzieję, że jednak ci pierwsi wreszcie coś uczynią. Różnica polega na tym, że siwobrody dobroczyńca (z pominięciem historii o zasztyletowanym zakonniku i krzyżu w przybraniu z genitaliów) jest statyczny, w przeciwieństwie do wymagań stawianych przez epokę w ogóle nie nastawiony na rozwój. Rozglądając się w około, każdy z panów zasiadających w sejmowych ławach myśląc o tymże mędrcu przywodzi na myśl grzeszne piątkowe mięsko i świętego Krzysztofa zwisającego z samochodowego lusterka ( pomijając fakt, że piersi wspomnianych dżentelmenów przyozdobione są zwykle wizerunkami Maryjki zamkniętymi we wdzięcznym naszyjniku ). Oglądając się więc na panujące orientacje dochodzimy do wniosku, że Jezuskowi przyszło zająć miejsce pośród trzody chlewnej i rogatego bydła w bożonarodzeniowej szopce, a monarsze miejsce ustąpić królom piłkarskich mundiali. Naprzeciw postulatom religijnych fundamentalistów i pobożnych radykałów wyszedł raz kolejny monarcha, tym razem polski, a przy tym po śmierci najważniejszego z księży również pierwszy i mający najwięcej do powiedzenia w całym narodzie. Tworząc syntezę nowożytnej myśli politycznej i zajączków wielkanocnych powołał do życia nowy system władzy, nazywany przez co odważniejszych obywateli mianem teokratycznego. I chociaż władca nie jest namiestnikiem Boga, to mianowani przez niego, mniej lub bardziej oficjalnie dygnitarze z bożej zresztą łaski, wiernie spełniają wolę Ojca, Syna i pewnie jeszcze kilku braci, a przynajmniej jednej parki. Co wobec tego poradzić zagorzałym przyjaciołom ze stowarzyszeń narodowo-katolicko-wyzwoleńczych? Dużo cierpliwości, w końcu mundial kiedyś się kończy, a nawet jeśli przyjdzie kolejny to ciężko zamienić trzecią osobę boską z gołębia na kaczora.
Zbigniew Rokita |